Świat marzeń i prawdy

Sen

Staliśmy przy samochodzie koło naszego domu. Ja, mój brat Mariusz, Tatuś i Mamusia. Była noc. Nagle zrobiło się jasno, zerknąłem na zegarek, który Mariusz miał na ręce; wskazywał godzinę 23.57. Niebo co jakiś czas rozcinały srebrne błyskawice, jednak grzmotu nie było słychać. Chmury pędziły jak oszalałe z zachodu na wschód. Zauważyłem na niebie obraz jakiegoś nieznanego mi mężczyzny, był ogromny, obok widniała też dziwna mapa, wyglądała jak szkic, plan dalekiej drogi. Naraz Mariusz zaczął się dziwnie zachowywać, przez chwilę wyglądał jak zombi, ruszył w kierunku naszego podwórka... Niewiele myśląc podążyliśmy za nim.

Na podwórku Mariusz zaczął rozbijać wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Mama powiedziała do Taty: - Zamknij go w komórce, może wtedy mu to przejdzie. W jakiś sposób nam się to udało i myśleliśmy, że to będzie koniec naszych problemów, niestety okazało się problemy dopiero się zaczęły... Mariusz, siedzący teraz w komórce, zamiast się uspokoić, szalał nadal, rękami wybił dziurę w drewnianej ścianie komórki i w końcu wyszedł.

Przestraszyłem się, że zrobi krzywdę - jeśli nie nam - to sobie. Chwyciłem go za rękę i zapytałem, czy nic mu nie jest, czy się przypadkiem nie skaleczył - z wargi leciała mu krew.
Być może pod wpływem moich słów, być może dlatego, że zaczerpnął świeżego powietrza, a może też dlatego, że atak minął, brat zaczynał wracać do świata żywych, choć widać było, że przychodzi mu to z trudem.

Dopiero teraz zwróciliśmy baczniejszą uwagę na mapę na niebie, wyraźnie była to jakaś droga do czegoś. Tata pobiegł do domu i po pewnym czasie wrócił z mapą, która wskazywała drogę do naszego domu. Popatrzył na Mariusza i powiedział: - Dałeś mapę diabłowi... To już koniec... Trafi do naszego domu... Wiedzieliśmy, że już po nas i nie ma dla nas żadnego, najmniejszego nawet ratunku...

Tutaj się obudziłem.

Autor : Rafał vel. Puma (09.02.2007)

Rafał © 3.04.2006