Świat marzeń i prawdy

Kilka dni z rajdu

Poniedziałek

Jak zwykle zaspałem, korki w tej Warszawie niemiłosierne, a na dodatek rolnikom zachciało się strajku. Na lotnisku też strajk 'włoski', ech ci ludzie tylko by strajkowali, ledwie zdążyłem na samolot lecący do Ameryki Południowej. Na szczęście lecę pierwszą klasą, stewardesy ładne, uprzejme, chętnie bym poflirtował. Wreszcie po długim locie, docieram do celu, to znaczy jeszcze niezupełnie, ale jestem bliżej niż dalej.

Wtorek

Ta różnica czasu mnie wykańcza, gdy chce mi się spać, trzeba wstawać i odwrotnie, dlaczego ziemia nie może być płaska? Wtedy nie byłoby stref czasowych. Dobra czas ruszyć tyłek, jedziemy na miejsce przeznaczenia. Dojeżdżamy do wioski (linii startu naszego rajdu), jaka to wioska! Chyba tylko z uprzejmości mówią 'wioska'. Parę nędznych chałup, ludzie jak ich pan Bóg stworzył, latają nago... W co ja się, u licha, wpakowałem...

Środa

Dzisiaj wielki dzień dla mnie, rozpoczęcie rajdu. Poznaję moich kolegów, którzy będą mi towarzyszyć. Marcin, Grzegorz, Karol no i ja, Rafał. Wszystkie załogi są czteroosobowe, samochody oczywiście z napędem na cztery koła. Jest godzina 11.30 a na 12.00 wyznaczony jest start rajdu, sprzęt już w samochodzie, liny, namioty, prowiant i inne drobiazg potrzebne do przeżycia w Puszczy Amazońskiej. O 12.00 ruszamy z kopyta drogą, drogą tylko z nazwy, może na początku to przypominało drogę przy dobrej wyobraźni, bo już po paru kilometrach 'droga' przeistacza się w ... nie wiem nawet jak to nazwać. Robi się ciemno, czas rozbić namioty, znajdujemy małą polankę, szef grupy (Marcin), daje sygnał do postoju.

Czwartek

Pobudka o bladym świcie, zwijanie obozu i dalsza jazda przez gąszcz zarośli poprzecinany wolnymi miejscami oraz bajorami wody. W miejscach zarośniętych bierzemy maczety i wycinamy drogę, każda załoga stara się, jak może lecz są miejsca gdzie nie wystarcza czterech silnych chłopów, wtedy pomagamy innym jeśli akurat jesteśmy w pobliżu.

Duszno, mokro... Morze zieleni pochłania każdy skrawek wolnej przestrzeni, piekło na ziemi. Wieczorem padamy z wyczerpania, trzeba coś zjeść, oszczędzamy prowiant w puszkach. Karol mówi, że idzie coś upolować, jako znawca tutejszej wszelakiej zwierzyny to właśnie jemu powierzyliśmy funkcje myśliwego licząc na świeże mięso.
Głodni okropnie czekamy na jego powrót, wreszcie się zjawia. Kładzie jakiś kawał drewna i z wielce uradowaną minę oświadcza 'będzie dobra wyżerka chłopaki'. Patrzymy na niego jak na wariata 'no coś ty, chcesz nas karmić drewnem?', wyjmuje nóż, grzebie w tym klocu i wyjmuje ... robaka, glizda ma ok. 5 cm długości, jest biała a na początku ma czarny łebek. Jesteśmy ciekawi, co z tym zrobi, bo chyba nie będzie tego jadł?! Karol ucina robalowi głowę a resztę wkłada do ust i z zadowoloną miną je to świństwo, rzygać się chce na sam widok tego, a co dopiero to jeść.
Zachęca nas do jedzenia, co mamy biedni robić, ja jako najodważniejszy biorę robala, ucinam mu głowę. Smakuje to coś jak ... ma to pełno gęstego płynu, muszę przyznać iż nawet dobre :). Przeszliśmy chrzest bojowy tutejszych przysmaków.

Piątek

W naszych niekończących się zmaganiach natrafiliśmy na przeszkodę wodną, na szczęście jest 'most' tylko cholercia, co to za most, włos się jeży na głowie na sam widok. Drewniany, szerokość taka tego 'mostu', że ledwie samochód przejedzie, bez barierek z boku. No nic, powierzamy nasze życie 'mostowi' i jedziemy, byle nie patrzeć w dół, bo tam przepaść na kilka metrów, a w dodatkowo przy każdym ruchu trzeszczy to wszystko. Spoceni ze strachu wreszcie docieramy na drugi brzeg, jeszcze jedna taka przygoda dzisiaj, a gwarantuję że dostanę zawału serca ze strachu. Uff, co za ulga, tylko na tej jednej przygodzie się skończyło dzisiaj, z ulgą zasypiam.

Sobota

Wyruszamy jak zwykle o świcie, niestety nasz samochód odmawia współpracy. Grzegorz, nasz mechanik, zabiera się do pracy, po pewnym czasie mówi iż naprawa zajmie mu parę godzin, części zapasowe mamy tak więc da się wszystko naprawić tylko szkoda cennego czasu, inne załogi nas wyprzedzą, a byliśmy na pierwszym miejscu. Jest czas na higienę osobistą, wszyscy oprócz mechanika zabierają się za golenie, wyglądaliśmy już jak zbóje, obdartusy.
Smarujemy miejsca ukąszone przez różne robactwo maścią, naprawiamy odzież itd.

Niedziela

Jazda jest niemiłosiernie trudna i męcząca, po kilku dniach takiej jazdy i zmagań z naturą, nasze organizmy przyzwyczajają się do warunków ekstremalnych. Pomimo trudności i tego, iż ryzykujemy życiem w niektórych momentach, wszyscy jesteśmy szczęśliwi, że tu trafiliśmy i dane nam jest się sprawdzić, sprawdzić ile wytrzymamy, do czego jesteśmy zdolni. Każdy z nas marzył o takim rajdzie, a nie tak łatwo było się tutaj dostać długą drogą eliminacji.

Autor : Rafał vel. Puma

Rafał © 3.04.2006